Góry Olbrzymów

Wyprawa po Skandynawii

Opis wyprawy Mirka i przyjaciół, którzy zwiedzili miedzy innymi: Jotunheimen, czyli Góry Olbrzymów; Galdghopiggen (2469 mnpm) czyli najwyższy szczyt Skandynawii; Glittertinden (2464 mnpm), drugi szczyt Norwegii; Fiordy i lapońska tajga; najwyższy szczyt Szwecji – Kebnekaise (2114 m n.p.m.)…

Prolog

Pomysł „Wyprawy Skandynawskiej” zrodził się właściwie nie wiadomo kiedy. Jedną z przyczyn był pewnie rzucony kiedyś przy szklaneczce whisky, w rodzinnej wsi Janosika – Terchovej, pomysł zdobycia wszystkich kulminacji krajów europejskich. I tak, od trzech sezonów realizuję ten ambitny, jak na możliwości przeciętnego turysty, plan. I pewnie dlatego (i też z chęci poznania innych gór, aniżeli Alpy) wybór tegorocznej wyprawy padł na Skandynawię, a właściwe na najwyższy szczyt Norwegii – Galghopiggen (2469 mnpm) i Szwecji – Kebnekaise (2114 mnpm).

 

Jotunheimen. Sierpień 2000 na dachu Skandynawii. Foto: Paweł Chrzanowski
Jotunheimen. Sierpień 2000 na dachu Skandynawii. Foto: Paweł Chrzanowski

Już sama organizacja i zbieranie informacji okazały się nie lada frajdą. Oczywiście pomocnym okazał się Internet, gdzie znalezienie potrzebnych informacji było tylko kwestią posiadania wolnego czasu. Termin wyjazdu został wybrany znacznie wcześniej i wyznaczono go na koniec lipca. Z niepokojem wpatrywaliśmy się pod koniec lipca w mapę pogody, zwłaszcza tę „na satelicie”, a informacja o powodziach w środkowej Szwecji i odcięciu od świata kilku tamtejszych miejscowości, tylko podniosła nam adrenalinę, zwłaszcza, że o jakichkolwiek zmianach w dopracowanym planie nie było już mowy.


Wyjazd

I w końcu po kilku miesięcznych oczekiwaniach wyruszyliśmy promem ze Świnoujścia, wraz z całym tłumem ludzi, którzy do Szwecji po górskie wrażenia raczej nie wyjeżdżali. Noc na pokładzie (oczywiście w środku i na wykładzinie dywanowej) mija jednak szybko i rano ziemia szwecka wita nas siąpiącym deszczem. Nasz mały Peugeot 106, z czwórką dorosłych na pokładzie i odpowiadającą im ilością bagażu (dociążenie maksymalne, które kilka razy zaowocowało „przytarciem” brzucha o przysłowiową „glebę”), wzmaga czujność szweckiego celnika. Jednak w pełni zadowala go konkretne wyjaśnienie celu naszej podróży, poparte pokazaniem karty Visa (dobrze, że biedak nie wpadł na pomysł sprawdzenia stanu jej zawartości, bo znowu mogły dopaść go podejrzenia, czy, aby naszym prawdziwym celem nie są szweckie borówki!). Rozpędzeni do granic możliwości wynikających z restrykcyjnych skandynawskich przepisów drogowych pokonujemy prawie tysiąc kilometrów i wieczorem (u nas o tej godzinie już jest noc, ale tam im bardziej na północ, tym jaśniej) rozbijamy pierwszy obóz. Dzięki Skandynawskiemu prawu „każdego człowieka do pobytu”, które mówi, że rozbijać namiot wolno prawie wszędzie, a z którego nader często korzystamy, udaje nam się obniżyć koszty wyprawy w sposób znaczący. Aczkolwiek myliłby się ten, kto myśli, że znaleźć darmowe miejsce pod namiot, to pestka. Trzeba na to poświęcić trochę czasu i paliwa, ale przy okazji można poznać sielskie okolice oddalone od głównych dróg tranzytowych.


Jotunheimen

Pierwszy nasz cel, to Jotunheimen, czyli Góry Olbrzymów, gdzie w otoczeniu lodowców przykucnął najwyższy szczyt Skandynawii – Galghopiggen. Aby go zdobyć, pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej, po odpowiednie mapy. Przy okazji oglądamy zabytkowy, XIII-sto wieczny kościółek w Lom (to takie „ichniejsze” Zakopane). Oglądamy, bo za zwiedzanie się płaci i to słono. W Norwegii zresztą za wszystko płaci się słono! I pewnie dlatego Norwegowie mają te góry i lasy tylko dla siebie. Po zorientowaniu się w topografii, wybieramy wariant zdobywania tych gór „na lekko”, m. in. z uwagi na kłopoty niektórych uczestników z kolanami. Dojeżdżamy samochodem do schroniska Spiterstulen, w dolinie Visdalen, po drodze zbierając wprost z samochodu grzyby i rozbijamy namioty po drugiej stronie rwącej, górskiej i lodowcowej rzeki. Kilometr w górę i w dół doliny od tegoż schroniska za biwakowanie się płaci 50 NKR/osobę/noc (ok. 25 zł), mając w zamian do dyspozycji prysznice z w miarę ciepłą wodą, umywalki i kuchnię turystyczną. Poza tą strefą biwakowanie jest darmowe, co zresztą od razu rzuca się w oczy, bo prawie w całej dolinie tkwią namiociki. Są one głównie w kolorze khaki, więc w oczy nie kolą.

Jotunheimen. Biwak w dolinie Visdalen. Foto Michał Sadowski
Jotunheimen. Biwak w dolinie Visdalen. Foto Michał Sadowski

Po uszczknięciu polskich zapasów kulinarnych wybieramy się na krótki rekonesans w boczną dolinkę do stóp jednego z licznych tam lodowców. Lodowce zresztą wiszą nad naszymi głowami, niemalże na wyciągnięcie ręki.
Pośród bardzo niskopiennej roślinności (drzewa zostały dużo poniżej), idąc dnem potężnej U-kształtnej doliny Visdalen przemierzamy górską tundrę. W dole huczy spieniona rzeka o charakterystycznym „mącznym” zabarwieniu, górą, zahaczając o szczyty, przelewają się chmurzyska, dookoła zawieszone w swych cyrkach błyszczą bielą lodowce, a wszystko to na zabójczej wysokości – 1100 m n.p.m. Nagle, w dali dostrzegamy stado jakichś zwierząt- kozice!
Ale niestety, jesteśmy przecież w Norwegii, to tylko migrujące stado dzikich reniferów! Po chwili, nasze trajektorie przecięły się i znaleźliśmy się niemalże w środku stada, liczącego około stu sztuk. Na szczęście zwierzęta zajęte były wędrówką i skubaniem rachitycznych krzaczków, więc na nas prawie wcale nie zwróciły uwagi. My też zajęliśmy się swoją wędrówką i wkrótce osiągnęliśmy jęzor lodowca. Sceneria była już iście północna: z flory pozostały jedynie porosty na niezliczonej ilości głazów polodowcowych, wszędzie szumiała woda z topniejącego lodowca, a ten ostatni straszył szczelinami. Do tego górą przewalały się jakieś kumulusy przez które miejscami przewiercało się słońce czyniąc to wszystko takim, jak sobie to wyobrażaliśmy w Polsce.

Galdghøpiggen

Kolejny dzień wstał przepiękny. Pojedyńcze obłoki, rześkie, polarne powietrze, chociaż noc była nad podziw ciepła. Bez zbytniego pośpiechu, gotujemy wodę na poranną kawę, bez której nasze organizmy ani rusz już obyć się nie mogą. Kompletujemy sprzęt, bo zejście z Galdhopiggen’a planujemy lodowcową „turą”.
Pakujemy ciepłe ciuchy – na przekór świecącemu słońcu, termos z gorącą herbatą, „mineralkę”, suchy prowiant i w drogę. Zapomnieliśmy tylko o jednym – o chlebie! No cóż, pasztecik można zjeść i bez chleba.

Jotunheimen. Lodem pokryty szczyt Glittertinden. Foto: Michał Sadowski
Jotunheimen. Lodem pokryty szczyt Glittertinden. Foto: Michał Sadowski

Przezorność w pakowaniu ciepłych rzeczy okazała się zbawienna, gdyż aura w Jotunheimen była zmienna i to drastycznie. Co chwilę spowijały nas chmury, by za chwilę ustąpić miejsca palącemu słońcu. Zasada jest jedna – ciepło jest wtedy, gdy świeci słońce, gdy zajdzie – błogosławiony bądź polarze! Na szczycie robimy pamiątkowe zdjęcia i odpoczywamy w podszczytowym bufecie. Ludzi sporo! Są i nasi południowi sąsiedzi, z którymi wymieniamy garść uwag o egzystencjaliźmie w górach Skandynawii. Zejście lodowcem nie nastręczało żadnych problemów, a dwie szczelinki, które musieliśmy przeskakiwać, jedynie ubarwiły ten etap naszej wędrówki. Jeszcze przejście obok letniego centrum narciarskiego na lodowcu Vesljuvbrean, który oferuje narciarzom idealne warunki zjazdowe już na wysokości 1800 m n.p.m. Największe jednak wrażenie w tym dniu, zrobiło na nas przejście kamienistym płaskowyżem, na którym królowały polodowcowe kamienie, na wpół przysypane drobnym żwirem, mchy i porosty. Brak wydeptanej ścieżki sprawiał, iż czuliśmy się pośród tego kamienistego pustkowia jak prawdziwi eksploratorzy jednak uczucie to mąciły czerwone znaki na kamieniach, którymi znakowane są szlaki turystyczne. Wróciliśmy późno, lecz kolejny raz okazało się, że dzień w Jotunheimen trwa niemalże do samej północy.


Glittertinden

Kolejna przygoda to wyjście na Glittertinden (2464 mnpm), drugi szczyt Norwegii. Rewelacyjne widoki, na zapierający dech, nie tylko w piersiach płaskowyż Skutflye, który jest właściwie potężną wiszącą doliną U-kształtną, której przestrzeń nie jest ograniczona skalnym murem gór, jak to ma miejsce w górach o alpejskim charakterze. Wzrok sięga kilometrami w jej głąb. Co rusz pokonujemy, skacząc po kamieniach, dzikie, rwące rzeki, spływające z wyżej położonych lodowców. Idziemy tyralierą i szukamy rogów reniferów, co byłoby nie lada pamiątką, ale niestety za pamiątkę będzie nam tylko skóra z renifera, kupiona w Kirunie. Póki co, na szczyt Glittertinden’a podchodzimy mozolnie wśród piargów, a końcówkę po pięknej lodowej czapie szczytowej, obrywającej się wraz z całą północną ścianą. Wracając, zbieramy nieprzeliczone ilości czerwonych kozaków, których niestety z nadmiaru zjeść nie możemy.
Pogoda po raz kolejny zmienia się drastycznie i w jednaj chwili lodowy wiatr przewiewa nas do szpiku kości. Namioty zostają wzmocnione dodatkowymi odciągami (zwłaszcza niezastąpiona „chińska dwójka”, która w surowych, północnych warunkach spisała się doskonale). Jutro czeka nas przejazd na północ Szwecji – prawie dwa tysiące kilometrów, ale po drodze zobaczymy i dolinę Romsdalen ze słynną Ścianą Troli (Trollvegen) i słynną; nie dla wszystkich pojazdów przejezdną serpentynę Drabina Troli (Trollstigveien) (np.: autobusy czy samochody z przyczepami campingowymi, no i oczywiście w zimie) i fiordy, i surowy, jak Svalbard, Kręg Polarny i Góry Skandynawskie z krajobrazem niczym z filmów o Szkocji, i Tajga Skandynawska, której bezkres niemalże nietknięty „stopą białego człowieka” zrobił na nas największe wrażenie, którego nic nie jest w stanie opisać. To po prostu trzeba zobaczyć!


Fiordy i lapońska tajga

Wyjeżdżamy z Jotunheimen i udajemy się na północ do Szwecji, w rejon Kiruny, a naszym celem jest zdobycie najwyższego szczytu Szwecji – Kebnekaise (2114 mnpm).
Po drodze jednak zbaczamy z najkrótszej drogi, aby przynajmniej otrzeć się o to, z czego Norwegia słynie najbardziej – o fiordy. Niestety, nie dane nam było zobaczyć tych najbardziej znanych, jak na przykład Seven Sisters, czy Sognefjorden. Niemniej, Romsdalsfjord czy Langfjord na południowy-zachód od Trondheim dały nam pewne wyobrażenie o tym konglomeracie morza, gór i lodowców.
Duże wrażenie robi przejazd pod słynną Ścianą Trolli (tam zresztą wszystko koło tych małych i szkaradnych stworków się kręci, a kupić je można nawet i w sklepie spożywczym). Górujący tuż nad głowami skalny masyw, ze szczytem schowanym w chmurach, z którego wychodzą niczym nochal Trola skalne grzędy, ramiona, zachody i inne formacje skalne, tworząc ścianę bardzo trójwymiarową. Jakże inną ścianą jest na przykład równie słynna południowa ściana Marmolady, ta wydaje przy Trollvegen, płaska.
Szkoda, że padał wówczas deszcz. Ale i o miejsce do zaparkowania, by uwiecznić wszystko, co się widzi na kliszy, było tam niezmiernie trudno. Kolejną atrakcją, w drodze na północ, była samochodowa wspinaczka Drabiną Trolli, czyli malowniczą serpentyną przylepioną do niemalże pionowych, skalnych ścian i przekraczającą okrakiem spadający ze skalnego progu wodospad. Potem mijaliśmy po drodze wyłącznie piękne krajobrazy! Naprawdę można powiedzieć, że norweskim złotem jest przyroda. Lasy porastające wszechobecne góry są tam niemalże bezkresne. Rzeki tworzące liczne wodospady, jeziora polodowcowe, no i góry o różnych kształtach takiego ich miłośnika jak ja, naprawdę urzekły.
Czas ucieka nieubłaganie, a my go tracimy na oglądanie „landszaftów”. Potem podejmujemy jedynie słuszną decyzję i po kolacji, zjedzonej naprędce podczas jazdy, i porcji Red Bulla, przejmuję kierownicę, by podczas jazdy nocnej nadrobić czas pozostawiony nad fjordami. Noc jest krótka, bo w swej ciemnej postaci trwa jakieś dwie, no może trzy godziny. O szóstej rano (pochmurnie, wilgotno, dżdżysto, czyli po norwesku) jest jeszcze szaro, ale stacja benzynowa, w śmiesznie brzmiącej miejscowości Mo i Rana, kusi nas swymi neonami, a zwłaszcza tym z dużymi literami wc. Na pokuszenie dał się zwieść również bak naszego samochodziku, który nie odmówił kolejnej porcji paliwa.
Zaraz za miastem zatrzymujemy się na przydrożnym, leśnym parkingu, by przygotować sobie śniadanko. Budzimy przy okazji śpiących w przyczepach kempingowych niemieckich turystów, którzy polecają nam odwiedzić pobliski wodospad. „Znowu wodospad!” – mówi Paweł, ale idziemy, i nawet było warto.

Norwegia. "I znowu wodospad!" Fot: Paweł Chrzanowski
Norwegia. „I znowu wodospad!” Fot: Paweł Chrzanowski

Kolejny punkt z atrakcjami na naszej trasie, to przekroczenie kręgu polarnego. Szosa E6 przecina go na płaskowyżu Saltjellet, na wysokości 700 m npm, co na tej szerokości geograficznej oznacza zupełne pustkowie, czyli wysokogórską tundrę w pełnej krasie. Oczywiście, wrażenie pustki potęguje siąpiący deszcz i nisko zawieszone chmury.

Dojazd do Kiruny obfitował w wiele okrzyków radości, zdziwienia, zachwytu i nie sposób ich wszystkich nie tylko opisać, ale nawet zapamiętać. Jedno tylko jeszcze, z tego karkołomnego z punktu widzenia pokonywanych odległości (w sumie pokonaliśmy z Tarnowa w obie strony około 7000 km w 14 dni), trzeba nadmienić: tajga skandynawska „rzuca” na kolana. Zupełne pustkowia Laponii, przejrzyste na wpół karłowate lasy pełne grzybów (widzianych z jadącego samochodu) i borówek (a także i niestety komarów), krystalicznie czyste i lodowato zimne jeziora, łagodne góry o kopulastych kształtach, nietknięte stopą białego człowieka, renifery karmiące swe młode na środku drogi, a przy tym znikomy ruch na drogach (zwłaszcza daję się odczuć brak TIR-ów) i rzadkość ludzkich osad sprawia, iż kraj ten wydaję się totalną sielanką. Oczywiście, tak jest w lecie, bo w zimie przy temperaturach spadających grubo poniżej 30 st. C sytuacja odwraca się do góry nogami.

Kebnekaise

Nikkaluokta – mała wioska zagubiona pośród tajgi i rozlewisk rzeki Visttasvaggi (lapońskie nazwy są w zasadzie dla normalnookiego Europejczyka nie do wypowiedzenia), nie tworzy zwartej zabudowy. Mieszkańcy, ze swymi domami, są tak porozrzucani po okolicy, że właściwie, oprócz stacji turystycznej, nic tu nie ma. Tu, kończy swój kurs autobus z Kiruny, chociaż droga z asfaltowej zmienia się w szutrową i ginie gdzieś w przepastnych czeluściach wszędobylskiego lasu. Tu, większość turystów rozpoczyna zdobywanie Kebnekaise, stąd też startują do skalnych ścian i lodowych pól wspinacze. Pakujemy plecaki, smarujemy odsłonięte części ciała płynem odstraszającym komary i czym prędzej chowamy się pod daszek, bo znowu zaczęło padać. Deszcz jednak nie odstraszył większości turystów, zwłaszcza tych rodzimych, dla których taka pogoda jest codziennością, co widać po ich na wskroś nieprzemakalnym ubiorze: specjalne gumiaczki do turystyki tundrowej, spodnie i kurtki z ??-tex’u, na plecakach deszczochronne osłony. Przestało padać – idziemy! Bez gumiaczków i z workami foliowymi na plecakach pokonujemy kolejne kilometry. Po drodze mijamy grupę skautów z Krakowa, wymieniamy uwagi i „pomykamy” dalej. Tajga przechodzi w tundrę. Drzew coraz mniej i coraz bardziej karłowate. Za to grzybów – koĽlarzy pomarańczowożółtych – zatrzęsienie! Po jakimś czasie nie zwracamy na nie uwagi, chyba że trafi się wyjątkowy okaz, jak ten o średnicy kapelusza około 30 cm, wyglądający jak pomarańczowa piłka do „nogi” porzucona w borowinie. Dziewiętnaście kilometrów człapania po lekko nachylonym terenie, w większości jednak w deszczu, daje się bardziej we znaki, aniżeli ostre podejście skalną granią. I chyba dlatego można skorzystać z możliwości przelotu helikopterem, oczywiście za drobną opłatą.
Rozbijamy namioty pośród gęstych krzewów, gotujemy jakieś jedzenie, korzystamy z dobrodziejstw schroniska (brak pryszniców – musi wystarczyć umywalka) i zapadamy w sen. Ale co to za spanie, jak ilekroć człowiek się przebudzi, zawsze jest jasno.
Rano, jak zwykle w lapońskich górach, budzi nas zachmurzone niebo, ale bez opadów. Idziemy na Kebnekaise. Wybraliśmy wejście tzw: Drogą Normalną, bo w informacji turystycznej w Kirunie poinformowano nas, iż tzw: Lodowa Tura dostępna jest tylko z przewodnikiem. A jak wiadomo na przewodnika zwykłego turystę z Polski raczej nie stać, więc cały odpowiedni sprzęt zostawiamy w Nikkaluokcie. Jak się później okazało, informacja była podana bardzo asekuracyjnie i wejście lodowcem nie stanowiło żadnego problemu. Doga na szczyt początkowo wiedzie rozległą doliną Ladtjovagge pośród tundry, potem wchodzi do polodowcowego kotła (tu pokonujemy w bród potok i udzielamy informacji norweskim młodym turystom, którzy wybrawszy się w góry bez mapy, zgubili ścieżkę) i zaczyna się mozolnie wspinać piargami, najpierw na przełęcz w głównej grani (tu ubieramy ciepłe gacie, swetry i czapki), potem wchodzi na szczyt Vierranvarri (tu posypuje trochę śnieżek), schodzi znowu na przełęcz (lekkie zawahanie gdzie iść, bo pośród piargów brak wyraźnej ścieżki) i podchodzi na szczyt (po drodze dwa schrony bezobsługowe z możliwością awaryjnego noclegu). Końcowe podejście na kopułę szczytową po stromym i zmrożonym śniegu, które bez raków podniosło nam trochę adrenalinę. Spotkany po drodze przewodnik wyjaśnił nam, iż dzisiaj lodowiec, którym wiedzie Lodowa Tura, jest bardzo przyjazny i wręcz zachęcał nas do zejścia właśnie tą drogą. Tego nam powtarzać dwa razy nie musiał. I faktycznie zajście bez ekwipunku było możliwe.

Laponia. Widok na Skandynawskie góry spod Kebnekaise. Fot: Michał Sadowski
Laponia. Widok na Skandynawskie góry spod Kebnekaise. Fot: Michał Sadowski

Po drodze spotkaliśmy ponownie grupę krakowskich skautów, wymieniliśmy grzecznościowe „cześć”, które zabrzmiało w tak odległym od Polski miejscu, niezwykle. Chwila pogawędki, wymiana uwag o czekającej ich jeszcze drodze na szczyt oraz o Skandynawii w ogóle i lekka zazdrość, że oni spędzą na tym półwyspie aż miesiąc, a nam już nie długo czas wracać. Pogoda cały czas nie dopisywała, chociaż nie padało. Szczyt cały czas schowany w chmurach, odsłonił się tylko na chwilę i to wtedy jak my na nim stanęliśmy.
To chyba nazywa się „mieć szczęście”! Góry niepodobne do naszych Tatr. Bardziej swą budową przypominają Bieszczady, tyle że bardziej surowe no i z lodowcami.
Najczęściej jedna strona masywu lub góry jest łagodna, za to druga skalista i niemal pionowa (wynik działania lodowców). Znakowane szlaki turystyczne biegną dolinami zupełnie bagatelizując szczyty, z wyjątkiem Kebnekaise. Krajobraz zupełnie odmienny od znanego z polskich, a nawet alpejskich gór. To po prostu trzeba zobaczyć!

Tarfala

Na drugi dzień słońce. Idziemy w sąsiednią dolinę i chcemy na dziko wejść na jakiś szczyt, by zobaczyć i sfotografować Kebnekeise. Niestety, nasza radość ze słońca nie trwała długo. Niewiadamo skąd napłynęły chmury i zanim doszliśmy do schroniska, przy końcu doliny, zaczęło padać. Przeczekaliśmy największą nawałnicę w bezobsługowym schronisku nieopodal naukowej stacji badawczej, wyglądającej zupełnie, jak te, z prospektów o Svalbardzie. Gdy poziom opadu ustabilizował się na poziomie możliwym do przeżycia przez nasze ??-tex’y, ruszyliśmy z powrotem. Gdy tuż przed końcem wycieczki zerwał się gwałtowny wiatr wiejący prosto w twarz, mieliśmy już dość.

Epilog

Następnego dnia szybkie zejście do Nikkaluokty i o dziwo słońce, ale z tyłu masyw Kebnekeise ciągle spowity chmurami. I niestety szczytu nie widzieliśmy ani raz. Słońce, kąpiel pod prysznicem w stacji turystycznej, dobre jedzonko, a czas sobie płynie. Po co się spieszyć, przed nami tylko trzy dni jazdy do Ystad. Dobrze, że w końcu słońce schowało się za chmury i zrobiło się chłodno, bo dopingowało nas to do szybszego działania w celu obrania drogi do ciepłych krajów. Wracając do Kiruny po ostatnie zakupy, podziwialiśmy oświetloną słońcem tajgę, w której niektóre liście brzóz już zaczęły się żółcić, chociaż to dopiero połowa sierpnia. Taka jest Tajga!

Laponia. Górska tundra w dolinie Ladtjovagge. Fot: Michał Sadowski
Laponia. Górska tundra w dolinie Ladtjovagge. Fot: Michał Sadowski

Droga do domu zajęła nam pięć i pół dnia. Po drodze była powtórka z tundry – na utrwalenie się w pamięci, ostatni handel alkoholem (dwukrotna przebitka – kupować na promie!), nocleg na polu namiotowym opanowanym przez naszych
(i nie tylko – bo i przez Ukraińców) rodaków reperujących swój budżet pracą przy zbiorze borówek, nocleg pod płachtą biwakową tuż pod kołem polarnym i na plaży pod Ystad, zwiedzanie Stockholm’u i ciągłe zachwycanie się urokiem Skandynawii.
Szkoda, że tak krótko, ale i tak warto było.

Mirosław Sadowski

Składam podziękowania Mirkowi za przysłanie tego materiału i zezwolenie na publikację [Paweł]