Zugspitze

Plan był prosty: zdobyć najwyższy szczyt Niemiec (ZUGSPITZE 2 962 m n.p.m.).

Kilka wieczorów spędzonych przed komputerem, szukanie informacji „co?  jak? i na co się przygotować”.

Jeśli już wiesz że ta wycieczka jest dla Ciebie i w zasięgu Twoich możliwości zarówno finansowych jak i kondycyjnych, zapada decyzja – TAK jedziemy tam !

Ekipa

Pierwszą rzeczą jak przychodzi do głowy to zebranie odpowiedniej liczby osób dobranych tak, żeby przedsięwzięcie się udało.

Bierzemy zatem pod uwagę:

  • Koszt transportu: decydujemy się na podróż samochodem, a co za tym idzie ustalamy ekipę maksymalnie na 4 osoby (auto 5-osobowe, zapas na bagaż i komfort długiej podróży)
  • Dobieramy się pod względem doświadczenia w podobnych wyprawach a więc szukamy osób o podobnych predyspozycjach fizycznych oraz takich, które nie będą powodowały konfliktów w drużynie. W górach musimy sobie ufać i umieć podejmować wspólnie decyzje, które mogą zaważyć na naszym samopoczuciu albo zdrowiu lub nawet życiu
  • Ustalamy termin wyjazdu, bierzemy przede wszystkim pod uwagę możliwe najlepszy okres w wysokich górach, czyli przełom sierpień/wrzesień. Do tego oczywiście muszą się zgrać możliwości czasowe i dostępność wytypowanych uczestników.

No to do dzieła.

Ponieważ sprawdził się skład osobowy w zeszłym roku w Alpach Julijskich, pierwotnie plan zakładał ten sam skład osobowy. Termin wyznaczony i dobranym na 9 września 2017 r.

Życie jednak płata figle, dziwne zbiegi okoliczności powodują że w ostatniej chwili na 2 dni przed terminem wyjazdu z 4 osób pozostaje gotowych tylko 2. Dylemat, czy damy rady…

Decyzja – jedziemy!
Najwyżej tylko pozwiedzamy Bawarię…   beer 

Droga do Garmisch-Partenkirchen
W drodze do Garmisch-Partenkirchen

Nocleg udało się wcześniej zarezerwować w Garmisch-Partenkirchen. Z motelu piękny widok na skocznię narciarską:

Große Olympiaschanze – skocznia narciarska w Garmisch-Partenkirchen
Große Olympiaschanze K125 – skocznia narciarska w Garmisch-Partenkirchen (widok z motelu)

Sam motel przyzwoicie wyposażony w węzeł kuchenno-sanitarny co pozwala na dobry odpoczynek po długiej podróży samochodem (możliwość przygotowania posiłków).

Można również trafić na egzotycznych współlokatorów.

Wyjście w góry

Mieliśmy wstać ambitnie o świcie i jak najwcześniejszej rozpocząć naszą alpejską przygodę. 
Udało się jedynie tyle, że wstaliśmy wcześnie. Za oknem pogoda nie zachęcała do opuszczania ciepłego i suchego schronienia. Ciemne, gęste chmury, ulewny deszcz…

Zwlekaliśmy długo z wyjściem, aż wreszcie wsiadamy do auta i podjeżdżamy na położony kilka kilometrów dalej parking Wanderparkplatz Hammersbach 

Jesteśmy sami, nie wychodzimy z auta słuchając w milczeniu jak coraz szybciej bębnią krople deszczu o dach. Niewiele ze środka widać bo strugi deszczu zalewają skutecznie szyby. 
Rozumiemy już, że sukces naszej wyprawy staje pod wielkim znakiem zapytania. Mamy jeszcze tylko jutro kolejną możliwość spróbowania. A jak jutro pogoda się pogorszy?
No dobra, wychodzimy z samochodu – postanawiamy sobie, że podejdziemy sobie w górę ile się da a najwyżej jutro ponowimy próbę.

Wybieramy płatne przejście wąwozem Höllentalklamm (4 €, obecnie 5 € dla dorosłych). Nie żałujemy wydanych pieniędzy, fantastyczne przeżycie, przejście tunelami skalnymi nad rwącym potokiem, zzewsząd woda – z dołu, z góry , z boku – ale mimo to jest pięknie.

Po wyjściu z wąwozu Höllentalklamm i krótkim spacerze znajdujemy się w schronisku Höllentalangerhütte. Nam zajęło to ok 1h 40′ (podziwialiśmy po drodze widoki robiąc mnóstwo zdjęć). Całkiem przemoczeni zostajemy ugoszczeni przez obsługę schroniska gorącą herbatą.

Höllentalangerhütte to ogólnie dostępna, chata z zakwaterowaniem, położona na wysokości 1387 m n.p.m. Rezerwacja noclegów jest możliwa na stronie internetowej. Jest to dobry punkt wyjścia do Zugspitze od strony słynnej trasy Höllental.

Wychodzimy ze schroniska kiedy deszcz prawie przestaje padać. Z nielicznych turystów niewiele osób kwapi się do dalszej wędrówki w górę. W stronę Zugspitze idziemy tylko we dwójkę.
Humor dopisuje, deszcz już nie przeszkadza, widoki coraz ładniejsze. Po kilkunastu minutach marszu z pory jesiennej robi się nagle … pora zimowa.
Opad z góry zamiast kropel wody zamienia się w wielkie płaty śniegu.

W ciągu zaledwie kilkunastu minut śnieg zasypuje szlak a jego oznakowanie staje się prawie niewidoczne.

Docieramy jeszcze widocznym zarysem szlaku do pierwszej ściany, tam ubieramy uprząż, kaski i podpinamy lonżę. Rozglądamy się w którą stronę iść… malowane na kamieniach czerwone oznakowanie szlaku ginie pod  śniegiem. Zajmuje nam kilka minut zanim namierzamy kierunek dalszej wędrówki.

Dochodzimy do pierwszej ferraty oraz drabinki. Ściana pod drabinką jest prawie pionowa a przy pogodzie na którą trafiliśmy dodatkowym  utrudnieniem jest ściekająca po niej obficie marznąca woda. Rękawiczki jeśli je macie – szybko nasiąkną, więc jeśli nie jest za zimno – lepiej je na chwilę schować – przydadzą się bardziej później.

Na górze robi się ciekawie – piękny widok zimowo/jesienny na dolinę Höllental.

Kolejną atrakcją jest niewątpliwie ciekawy i bardzo charakterystyczny odcinek, tzw. Brett („deska”) czyli trasa skonstruowana z prętów przymocowanych do ściany. Przy odpowiedniej asekuracji nie powinna stanowić trudności, choć niewątpliwie robi wrażenie pusta przestrzeń pod nogami…

W górnej części doliny gubimy szlak, trasa nieprzetarta, świeży opad śniegu przykrywa zarówno oznakowanie jak i nierówności terenu – łatwo wpaść w szczelinę lub skręcić nogę.

Z pomocą nawigacji w telefonie i mapy terenowej (OpenStreetMap) po kilku minutach znajdujemy właściwy kierunek i domniemaną trasę. Może się także przydać mapa papierowa oraz kompas, polecam zaopatrzenie się w tego typu wyposażenie przed wyruszaniem w teren. W takich warunkach to wręcz nieodzowny sprzęt.

Pogoda jest mocno zmienna, od przejrzystego nieba po całkowite zamglenie i to w ciągu zaledwie kilku minut. Takie zjawisko utrzymuj się cyklicznie już do końca naszej przygody.

Lodowiec

Docieramy do lodowca Höllentalferner.

Swoją świetność ma już podobno za sobą, pozostała jego niewielka część: ma raptem kilkaset metrów długości. Tak twierdzą Ci, którzy przechodzili go latem. Nam natomiast daje się nieźle we znaki, pokonujemy go w czasie ponad 70 minut tracąc przy tym również sporo energii.
Zdecydowanie raki ułatwią przemarsz, pomocna w takich warunkach może być również lina asekuracyjna i czekan lub kije.

Spotykamy po drodze 3 ekipy, każda zrezygnowana wraca z nieudanego wejścia na szczyt. Rozpoczynali oni wycieczkę jeszcze przed śnieżycą, ale nagła zmiana warunków i wyczerpanie zmusza ich do zawrócenia.

Najtrudniejszym etapem dla nas (oraz wszystkich ekip) było zejście z lodowca na ścianę.
Wszystkie dzisiaj spotkane przez nas ekipy zresztą o ten fragment właśnie się odbijały namawiając nas do zawrócenia.
Dziwne, żaden przeczytany przed wyjazdem opis nie wskazywał na taką trudność tego odcinka.  Na naszą wyobraźnię działała dodatkowo jeszcze opowieść jednej z ekip jak to osoba przecierająca ścieżkę odpadła tutaj od ściany i spadła z kilku metrów na lodowiec. Na szczęście mogła ona o własnych siłach zejść na dół.

Decydujemy się jednak na sprawdzenie czy faktycznie ten odcinek jest dla nas zbyt trudny do pokonania.
Dostęp do ściany z lodowca nie był trudny – szczeliny zasypane śniegiem.
Ze ściany wiszą koło siebie 3 stalowe liny, sprawdzam bez plecaka jak idzie wspinaczka, wybieram linę najluźniejszą, niestety ta okazuje się uszkodzona a odstające druty ranią mi dłonie.
Pozostałe natomiast są przymarznięte do ściany i odchylenie ich żeby ją porządnie uchwycić lub zapiać karabinkiem jest bardzo trudne.
Ryzykujemy – resztkami sił pokonujemy kilkunastometrowy gładki odcinek na którym praktycznie nie ma asekuracji.

Na najbliższej półce regenerujemy siły dawką żelu energetycznego i płynów, to pozwala na dalszą wspinaczkę.

W chwilach prześwitu z góry podziwiać można widoki na otaczające szczyty, dolinę oraz lodowiec i szczeliny.

Na ostatnim odcinku znajduje się ferrata. Z pewnością wymaga ona włożenia sporo sił, podejścia są miejscami strome, wymagające niekiedy mocnego podciągania się na rękach. Oblodzone skały i przymarzające rękawice do stalowej liny nie ułatwiają tego przejścia. W takich warunkach  koniecznie trzeba wchodzić w rakach. Warto również zadbać o rękawiczki na zmianę.

Szczyt

Tuż przed szczytem po prawej stronie dostrzec można liny od kolejki. Mocno zmęczony możesz sobie zadać wtedy pytanie – po co ja to robię ? Przecież można było sobie po prostu wjechać..

Wejście na szczyt rekompensuje jednak wszelkie trudy – udało się! 
Oprócz pięknych widoków powala widok wielkiego betonowego kompleksu oraz zaplecza narciarskiego wraz z wysokimi żurawiami budowlanymi świadczącymi o tym, że kompleks się jeszcze rozrasta. Jedna wielka budowla i to na najwyższym szczycie Niemiec !

Powrót

Widokami nie cieszymy się zbyt długo, z platformy kompleksu macha do nas jakiś człowiek i  pyta czy nie chcemy zjechać na dół ostatnią kolejką tego dnia, która odjeżdża za 5 minut. No pewnie, lepiej nocleg spędzić w motelu gdzie pozostała reszta naszych rzeczy niż w schronisku!

Zejście po stromych skałach, oblodzonej drabince i biegu na platformę robimy w rekordowym czasie – perspektywa dotarcia do noclegu jeszcze tego samego dnia odradza w nas ukryte resztki siły. Po drodze tłumaczymy facetowi z obsługi, że chcemy zjechać do Niemiec – nie do Austrii, ten kilkukrotnie potwierdza, że rozumie i wszystko będzie dobrze – zjeżdżamy do Ga-Pa.

W zamieszaniu spowodowanym wysypem z najwyżej położnej w Niemczech knajpy masy podpitych ludzi w strojach bawarskich, którzy rozpoczynali tego dnia Octoberfest, zostajemy wepchnięci do ostatniego wagonika i w miłej atmosferze śpiewów i gry na trąbach dojeżdżamy na dół.

Pierwsze pytanie jakie nasuwa się na dole: „dlaczego wszystkie auta na parkingu mają austriacką rejestrację ?”.

No tak, jesteśmy po drugiej stronie gór!

Sytuacja z pozoru beznadziejna, okazuje się nawet całkiem ciekawa: docieramy do miejscowości Ehrwald (ok 3 km drogi) dzięki uprzejmości lokalnego kierowcy –  na przystanek kolei. Mamy jeszcze niecałą godzinę na ostatnie połączenie tego dnia z niemiecką miejscowością


Zobacz również opis wejścia na najwyższy szczyt Niemiec z 2003 roku: Zugspitze – wejście na szczyt w 2003 r.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *